A+ A A-

"Każdy ma swoją górę, na którą musi wejść" - wywiad z Nickiem Barrettem

 

Główną przyczyną do rozmowy z liderem Pendragon, Nickiem Barrettem była oczywiście zbliżająca się nowa płyta studyjna zespołu zatytułowana "Men who climb mountains". Nick opowiedział mi nie tylko skąd wziął się ten tytuł i jak powstawał najnowszy album jego grupy, ale również o trudzie zmagania się z codziennymi problemami, także w życiu muzyka, które nie zawsze jest tak kolorowe, jak mogłoby się wydawać.

Gabriel Koleński: W maju napisałeś swego rodzaju przewodnik opisujący poszczególne utwory z nadchodzącej płyty Pendragon "Men who climb mountains". Główne cechy albumu wynikające z Twojego opisu to mroczna atmosfera i delikatniejsze brzmienie. Czy było to pewne założenie czy tak po prostu wyszło?

Nick Barrett: To wszystko wyniknęło z mojego grania na gitarze. Zazwyczaj gdy komponuję muzykę na płytę, gram na klawiszach i na gitarze. W ciągu ostatnich trzech lat, po zakończeniu trasy promującej "Passion", zmieniłem mój osprzęt gitarowy, poszedłem w stronę starych przystawek analogowych, których używałem i to w pewnym sensie doprowadziło do tworzenia muzyki bardziej klimatycznej. Było to trochę przez przypadek, ale też pomyślałem sobie, że chcę stworzyć bardziej atmosferyczny album. Ciężko to opisać, ale to może wynikać z używania większej ilości starego sprzętu, więcej żywych dźwięków, mniej sampli.

GK: Moim zdaniem muzyka Pendragon na kilku ostatnich albumach brzmi nie tylko ciężej, ale również bardziej nowocześnie. Czy zwracasz uwagę na współczesne trendy w muzyce?

NB: Tak, zwracam uwagę. Lubię wiele różnych zespołów, grających różne rzeczy.Jeśli nienawidzisz jakiegoś gatunku muzyki to jedyną osobą którą w ten sposób krzywdzisz jesteś ty sam, ponieważ ograniczasz swoje możliwości. Są ludzie, którzy naprawdę nienawidzą jazzu, okej, rozumiem to, ale automatycznie to oni na tym tracą. Jest mnóstwo wspaniałych rzeczy w każdym stylu muzycznym, to od ciebie zależy czy je odnajdziesz. Często ludzie wypowiadają się negatywnie o jakimś gatunku, bo nie chcą wygłaszać własnych opinii, więc krytykują muzykę, której sami słuchają. Z drugiej strony, ciężko oczekiwać, żeby wszyscy ludzie słuchający klasyki lubili również hip hop. To dobrze jeśli ktoś potrafi dogrzebać się naprawdę głęboko i znaleźć coś dla siebie w każdym stylu. Ja miałem tak z muzyką operową. Wiele lat temu nie znosiłem jej, choć moja siostra często jej słuchała, byłem nawet kilka razy w operze. Minęło jednak sporo czasu i mocno wkręciłem się w muzykę operową i polubiłem ją. Chodzi o to żeby coś z tego mieć, jeśli coś zyskujesz to dobrze. Tak samo jest z muzyką nowoczesną. Mój syn zawsze słuchał dużo rapu i współczesnego reagge. Byłem bardzo zainteresowany jak młodzi ludzie fascynują się muzyką, czego w niej szukają. Kiedy my byliśmy młodsi słuchaliśmy "Dark side of the moon" czy "A trick of the tail", to były dla nas świetne krążki. Natomiast płyty, które zmieniły życie mojego syna to raczej albumy Eminema. Nie można tego dyskryminować, trzeba zrozumieć że coś w tym jest. Nasi rodzice krytykowali naszą muzykę, może my nie powinniśmy lekceważyć gustów naszych dzieci, tylko starać się bardziej otwierać. Ja lubię również dużo nowoczesnych brzmień, choć jest ich mniej na naszym nowym albumie (śmiech).

GK: 22. sierpnia opublikowaliście w sieci jeden utwór z Waszej nowej płyty, "Beautiful soul". Czemu zdecydowaliście się akurat na ten kawałek?

NB: To trudne pytanie. Kiedy masz 9 piosenek, musisz wybrać jedną, która będzie w pewnym sensie reprezentować cały album. Ten konkretny utwór nie jest może bardzo reprezentacyjny, pozostałe mają prawdopodobnie więcej solówek gitarowych. "Beautiful soul" ma piosenkowy charakter, ma zwrotki i refren, jest w stylu Pendragon. Uważam, że łatwo go polubić, więc był to dość oczywisty wybór.

GK: Wiem, że nie chcesz ujawniać o czym opowiadają teksty zawarte na "Men who climb mountains", ale jestem ciekaw czy zostały zainspirowane Twoimi własnymi podróżami i pasją do zdobywania nowych miejsc i nowych doświadczeń?

NB: Tak. Zainteresowałem się alpinizmem po przeczytaniu kilku książek m.in. "The white spider" Heinricha Harrera czy "The Eiger Obsession" Johna Harlina Juniora (tak naprawdę to John Harlin III a pełny tytuł książki to "The Eiger Obsession: Facing the Mountain That Killed My Father" - przyp. GK) i zdałem sobie sprawę z tego co ci ludzie robią. Wielu alpinistów i odkrywców przeżywa ten moment, w którym nie myślą o przeszłości ani przyszłości, znajdują się w tej konkretnej niebezpiecznej sytuacji, pełnej ryzyka i zagrożenia, gdy są bardzo blisko śmierci. Upływa czas, z którego nawet nie zdają sobie sprawy, bo ekstremalnie koncentrują się na przeżyciu. Jednocześnie jest to moment, kiedy naprawdę czują że żyją i pewnie już nigdy więcej tego nie poczują. Ja porównuję to uczucie do tego co my przeżywamy gdy gramy na żywo na scenie. Myślisz tylko o tej chwili, nie skupiasz się na przeszłości czy przyszłości, tylko na tym, że naprawdę żyjesz i że możesz dzielić to z innymi. Dla mnie to podobne wrażenia. Spodobał mi się koncept wspinania się, każdy musi się wspinać w życiu w jakimś celu, walczyć o coś. Każdy ma swoją górę, na którą musi wejść. Może być to otrząśnięcie się po czyjejś śmierci czy zmagania w nowej pracy. Każdy radzi sobie na swój sposób, żeby dotrzeć na szczyt. To jest ten duchowy element albumu. Opowiada on o odnajdowaniu kim naprawdę jesteś, o zajrzeniu w głąb siebie.

GK: Powiedziałeś, że album opowiada o tym szczególnym momencie gdy jest się blisko śmierci. Zakładam, że okładka albumu również ukazuje ten moment...

NB: Dokładnie tak.

GK: ...czy zdarzyło Ci się być kiedyś w takiej sytuacji? Samotny w górach, polegający tylko na sobie?

NB: Zdarzyło mi się kilka razy być złapanym przez falę (Nick użył słowa "riptide", fachowo jest to "prąd odpływowy", ale może oznaczać też falę, która nakrywa człowieka - przyp. GK), gdy surfowałem. To dość podobna sytuacja. To jest niezwykle niebezpieczne, ponieważ obawiasz się, że zabierze cię morze, nie sądzisz że dasz radę wrócić. Bardzo łatwo jest wówczas spanikować. Próbujesz wrócić do brzegu, ale tak naprawdę musisz zatrzymać się i pomyśleć. Przede wszystkim nie wolno wpaść w panikę, trzeba starać się zachować spokój. Myślę, że nigdy nie zapomnę kilku takich sytuacji.

GK: W październiku i listopadzie jedziecie w długą trasę po Europie. Ponownie odwiedzicie Polskę. Czy masz swoje ulubione wspomnienie z wizyt w Polsce?

NB: Jest takie jedno, dość oczywiste, gdy pierwszy raz graliśmy w Polsce, w Zabrzu. Koncert był niesamowity. Nasze występy w Polsce zawsze były bardzo dobre, Polacy zawsze dobrze nas traktowali, to było jakby spotkać dawno zaginionego brata. Przed 1994 rokiem polscy fani znali nasz zespół, ale my nigdy wcześniej tu nie graliśmy i nie mieliśmy zbyt wielu kontaktów w Polsce i nagle pojawiła się możliwość tego koncertu. To było jak: "hej, to my" a publiczność na to: "jesteśmy tu, wow, gdzie byliście?". Było w tym coś specjalnego i takie rzeczy zostają w pamięci. Z kolei gdy graliśmy w Bielsku-Białej na ostatniej trasie, po koncercie grupa ludzi śpiewała jedną z naszych piosenek, to było bardzo pochlebiające, że ludzie robią takie rzeczy, to wspaniałe. W Polsce zawsze dostajemy odrobinę magii.

GK: Czy zamierzacie zarejestrować jeden z waszych koncertów jak mieliście w zwyczaju robić to w przeszłości? Może znowu w Polsce?

NB: Nie tym razem. Mamy już dużo wydawnictw dvd, nie chcę robić kolejnego, ponieważ na nowym materiale byłoby dużo utworów, które powtarzałyby się względem poprzednich wydawnictw. Myślę, że fani mogliby poczuć się oszukani a ja nie chcę tego robić! Jedyne co być może zrobimy to nagramy jeden z koncertów w Holandii na tej trasie, bo nigdy wcześniej nie nagrywaliśmy tam, a gramy w tym kraju od wielu lat. Ale jeszcze nie wiem co ewentualnie zrobimy z takim materiałem.

GK: W tym roku zorganizowaliście dużo akcji promocyjnych związanych z Waszą nową płytą, m.in. Wicked Wednesdays (co tygodniowe konkursy, w których można wygrać różne gadżety), Mountain Survival Store (nowa linia gadżetów Pendragon związana z "Men who climb mountains" obejmująca metalowe kubki, piersiówki czy bluzy polarowe) czy system zamówień przedpremierowych. Czy zgodzisz się, że Pendragon nigdy nie miał tak złożonej i konsekwentnej kampanii promocyjnej?

NB: Zwykle mamy tylko takie rzeczy jak koszulki czy bluzy. Tym razem mamy sporo więcej. To zasługa mojej dziewczyny, ona zajmuje się takimi sprawami, wymyśla takie rzeczy (Rachel Wilce, zajmuje się sprawami i kontaktami Pendragon, prywatnie partnerka Nicka, to ona wykonała zdjęcia do mojej relacji z zeszłorocznego warszawskiego koncertu Pendragon - przyp. GK). Dużo ludzi pytało nas kiedy będziemy mieć kubki, domagali się ich. Pomyśleliśmy, że możemy zrobić kubki nadające się na kemping, znaleźliśmy firmę, która produkuje takie przedmioty. Mamy też piersiówki, które bardzo się spodobały. Wszystkie te rzeczy są związane w pewnym sensie z alpinizmem, podobnie jak polary, więc uznaliśmy, że to krok w dobrym kierunku.

GK: Wpadłeś na szalony pomysł, żeby podpisać 5000 egzemplarzy "Men who climb mountains". Jak wiele z nich podpisałeś do tej pory?

NB: Ani jednego.

GK: Dlaczego?

NB: (śmiech) Ponieważ one dotrą do nas dopiero we wrześniu. Albumy są wciąż w fazie produkcji (rozmowa była przeprowadzana pod koniec sierpnia, przyznaję się do błędu, nie skojarzyłem terminów - przyp. GK). Rozpoczęliśmy całą tą akcję, ponieważ chcieliśmy przygotować coś specjalnego. Mam dosyć tych wszystkich wielkich zestawów, które tak ładnie wyglądają. Ludzie płacą teraz za płyty mnóstwo pieniędzy, czasem nawet 25 funtów (ok. 120 złotych, zależy od kursu - przyp. GK), a nie otrzymują za to wcale dużo więcej muzyki, tylko więcej kartonu i papieru. My chcieliśmy wydać płytę w sposób prosty i tani. Do albumu będzie dołączona dodatkowa płyta, ale nie będą to odrzuty czy wersje instrumentalne, tylko zupełnie osobne wydawnictwo dokumentujące moje domowe koncerty, które organizowałem. Czymś specjalnym będzie również, jeśli podpiszę 5000 sztuk, dlatego robimy taką akcję.

GK: To niezwykłe jak wiele ról pełnisz w funkcjonowaniu Pendragon. Praktycznie komponujesz całą muzykę, piszesz wszystkie teksty, śpiewasz, grasz na gitarze, poddajesz pomysły okładek płyt, bierzesz udział w produkcji i miksowaniu Waszych albumów, ogólnie kierujesz zespołem. Jak znajdujesz energię na to wszystko od tak wielu lat?

NB: Nie znajduję, jestem wyczerpany (śmiech). Robiłem to wszystko od zawsze. Bardzo chciałem być muzykiem i jedyny sposób na osiągnięcie tego widziałem w robieniu wszystkiego samemu. Założyłem wytwórnię (Toff Records - przyp. GK), bo nie mogliśmy zdobyć kontraktu, pełniłem rolę menadżera, bo nie mieliśmy kogoś takiego. Wieloma z tych spraw administracyjnych zajmuje się w tej chwili Wilce. Nie mam już 25 lat, więc jest mi z tym wszystkim trudniej i jestem znudzony biznesową stroną prowadzenia zespołu. Chcę swoją energię naprawdę poświęcać na tworzenie muzyki i wykonywanie jej na żywo. Na tym się skupiam, bo to sprawia mi przyjemność. Szczerze mówiąc, nie lubię siedzieć i pisać notatek ani maili, to jest bardzo nudne. Staram się robić mniej takich rzeczy, ale oczywiście tym też muszę się trochę zajmować, tak już jest. Jest mnóstwo pracy, którą trzeba wykonać. Wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy z tego ile wysiłku wiąże się z tym wszystkim. Mówią: "teraz możesz sobie odpocząć, już nagraliście album". Nie możesz! Musisz skontaktować się z dystrybutorami, oni odpowiadają, że chcą inną cenę, pytają jak zamierzamy to wysłać, w jakim to będzie opakowaniu, czy dostaną podpisane egzemplarze. Dostajemy setki maili od ludzi, żebyśmy potwierdzili czy dostaną podpisane egzemplarze albo o której zaczynamy występ, np. w Poznaniu. Jest mnóstwo pytań i kwestii do rozwiązania. Ja muszę też znaleźć salę prób, zarezerwować ją i upewnić się, że jest ona wystarczająco dobra oraz że wszyscy muzycy są wówczas dostępni. Trzeba również wynająć autobus i zorganizować całą ekipę. Jest to bardzo skomplikowana praca.

GK: W takim razie czy uważasz, że lepiej jest zajmować się wszystkim samemu czy korzystać z usług wytwórni muzycznej, menadżera, agencji koncertowej, itd.?

NB: Każdy jest inny. Nie wyobrażam sobie żeby Michael Jackson samodzielnie organizował wytłaczanie swoich płyt, czy żeby Mick Jagger prowadził autobus zespołu (śmiech). Myślę że dla takich ludzi dobrze jest mieć wielkiego menadżera czy wielką wytwórnię muzyczną. Ja nie muszę spowiadać się przed nikim, nie mam żadnego szefa. Nie mam wytwórni muzycznej, która mówiłaby mi: "powinieneś zrobić to, powinieneś zrobić tamto, załóż to, zagraj tamto, zagraj tam, nie możesz tak robić". Robię to co uważam za najlepsze dla zespołu. To najlepszy sposób funkcjonowania dla mnie. Myślę, że dla większości zespołów ze sceny progresywnej również jest to najlepsza metoda, ponieważ jest to mały rynek. Oznacza to, że nie przynosi zbyt wielu dochodów, więc raczej nikogo nie stać na menadżera ani agenta. Jeśli czasem musisz korzystać z takich usług to nic na to nie poradzisz, ale osobiście bardzo cieszę się, że robiłem wszystkie te rzeczy samodzielnie.

GK: Wiem, że chcielibyście wyruszyć w trasę po Stanach Zjednoczonych. Czy macie już jakieś plany?

NB: Nie. Byłem zbyt zajęty. Spędziłem ostatni rok, od listopada, na tworzeniu materiału na nowy album, na dopinaniu wszystkiego. Gdy piszę muzykę na płytę, tworzę szczegółowe demo ze wszystkimi melodiami, partiami klawiszy, perkusji, basu i gitar. Przygotowanie tego wszystkiego zajmuje bardzo dużo czasu. Wówczas myślę tylko o tym. Bardzo ciężko jest przebić się do Stanów Zjednoczonych, ale być może już w przyszłym roku zagramy w Ameryce Południowej. Spróbujemy zorganizować tam koncerty.

GK: A jak wspominasz chyba Twoją najważniejszą podróż do USA, po której Pendragon nagrał album "The World"?

NB: To było wydarzenie zmieniające życie. Byłem wtedy bardzo negatywnie nastawiony, myślałem że zespół wkrótce się rozpadnie. Nie mieliśmy żadnego kontraktu, nie mogliśmy wydać płyty, nie mieliśmy pieniędzy. Udało mi się zdobyć wystarczająco dużo pieniędzy, żeby wyjechać do Stanów. To zmieniło moje spojrzenie na różne sprawy, wróciłem ze świeżymi pomysłami, naładowałem baterie i patrzyłem pozytywnie na życie. Zawsze mówię to ludziom, jeśli masz dosyć swojego życia, jedź do Kalifornii, to na pewno poprawi ci humor. Ludzie są tam bardzo pozytywni, to oddziałuje i pozwala samemu czuć się dobrze.

GK: Rozumiem, że jesteś optymistycznie nastawiony do Stanów Zjednoczonych?

NB: Mam takie samo podejście do wszystkich krajów, również do Polski czy do Francji. Każde miejsce jest inne, ale wszystkie mają w sobie coś dobrego. Stany mają ten optymizm, co jest zaletą, ale mają też dużo więcej bzdur (śmiech). Nie wszystko jest dobre.

GK: Czy jest coś co chciałbyś powiedzieć polskim fanom Pendragon na zakończenie?

NB: Naprawdę nie możemy doczekać się wizyty w Polsce. Jestem absolutnie pewien, że spodoba wam się nasz nowy album. Cieszymy się, że zobaczymy się z wami w październiku.

GK: Dziękuję bardzo za twój czas i rozmowę i do zobaczenia w październiku!

NB: Dziękuję, do zobaczenia!

Rozmawiał: Gabriel "Gonzo" Koleński

 

Komentarze

© Copyright 2007- 2023 - ProgRock.org.pl
16 lat z fanami rocka progresywnego!
Ważne! Nasza strona internetowa stosuje pliki cookies w celu zapewnienia Ci maksymalnego komfortu podczas przeglądania serwisu i korzystania z usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki decydujące o ich użyciu.